header image
 

Kibol beznadziejnie głupi jest

Wpajany przez kiboli młodemu chłopakowi system wartości opiera się na otwartej pogardzie dla piłkarzy i ich wysiłku, na kompletnym braku zainteresowania sportem. Ta filozofia mnie nie szokuje - nasłuchałem się już od tzw. chuliganów bredni w stylu “Legia to my” - co najwyżej pusty śmiech wywołuje jej fundamentalna wewnętrzna sprzeczność. Oto ludzie gardzący zawodnikami dopingują ich tak zaciekle, że zdobywają nagrody Orange Ekstraklasy za najlepsze kibicowanie. I sławią, np. niszcząc Starówkę, mistrzostwo Polski, które zostało wywalczone nie na trybunach, lecz na boisku

Grupa kilkudziesięciu chuliganów w barwach Legii wtargnęła na boisko i przerwała mecz Pucharu Intertoto w Wilnie. Policja użyła armatek wodnych i gazów łzawiących, aby rozpędzić napastników. Zamieszki przeniosły się na ulice.

“Nie jeździmy dla grajków, którzy teraz są, a za rok ich nie będzie. Jeździmy po to, by sławić Legię, pod każdym względem i w każdy możliwy sposób. Ale nie Legię jako zbieraninę Latynosów, Murzynów, Mongołów i Bóg wie, kogo tam jeszcze, tylko Legię jako wartość, część naszego życia.” Nie mam pojęcia, czy autor tych słów, które przeczytałem w wywiadzie dla kibolskiego pisemka “Nasza Legia”, miał jakikolwiek udział - czy choćby udzialik - w wileńskich burdach, haniebnych dla całego polskiego futbolu. Mam tylko powody podejrzewać, że “Staruch” - jak go przedstawia redakcja - na Litwę pojechał, bo przechwala się, że jeździ wszędzie.

O hordzie schlanych bydlaków, którzy znów przynieśli nam wstyd, pisać nie ma sensu, sprawa jest zbyt ewidentna. Postać “Starucha” przywołuję, bowiem doceniają ją i szanują najwyżsi dostojnicy - przecież na gali podsumowującej sezon odebrał nagrodę Orange Ekstraklasy dla kibiców Legii. I właśnie dzięki tamtym laurom udzielił wywiadu, po przeczytaniu którego nabiera się ochoty, by delikwenta skazać na dożywotni zakaz zbliżania się do wszelkich stadionów - ze względów oczywiście głównie estetycznych, bo opowiadanie głupot nie jest przestępstwem.

Uroczych kawałków, obnażających jego mentalność i sposób myślenia, dał w rozmowie mnóstwo. Skarżył się na “ITI-owską politykę wymiany publiczności”, która “robi swoje”. “Wielu dobrych chłopaków odpuściło sobie mecze z powodu biurokracji Stefana [Dziewulskiego, jednego z dyrektorów klubu], zakazów, nakazów, “Big Brothera” na stadionie, milicyjnej inwigilacji, przez co nasz młyn nieco stracił na jakości”. Rzeczony Dziewulski zdaniem “Starucha” “żyje w świecie swoich chorych inwigilacyjno-biurokratycznych wymysłów a la formularz wyjazdowy”, dlatego “Staruch” dodaje triumfalnie, a zarazem z niepokojem: “Jestem w szoku, że w tej rundzie nie dostaliśmy ani jednego zakazu wyjazdowego! Chyba ktoś w OE poszedł do głowy i zrozumiał, że zakaz w przypadku kibiców Legii jest nieegzekwowalny. Natomiast mnożą się inne zakazy - te stadionowe. Coraz łatwiej się na takowy załapać. (…) W Polsce karykaturalnie powiela się wzorce angielskie. (…) Coraz większym problemem zaczyna być inwigilacja kibiców. Jeżdżą z nami ciągle ci sami umundurowani funkcjonariusze, wspierani nieumundurowanymi.”

Nie robiłbym czytelnikom przykrości cytowaniem szkodliwych bzdur z niszowej gazetki, gdyby gazetka - w skali kraju rzeczywiście niszowa - nie była najpopularniejszym źródłem informacji fanów warszawskiej drużyny. Młodego chłopca, jeśli ten nie uczy się kibicowania od taty, poza stadionem wychowuje często “Nasza Legia”, a na stadionie - “Staruch” i jego kumple. Wpajany mu system wartości opiera się, co pobrzmiewa w wynurzeniach kibolskiego wodza, na otwartej pogardzie dla piłkarzy i ich wysiłku, oddającym tę pogardę epatowaniem słowem “grajkowie”, kompletnym brakiem zainteresowania sportem.

Ta filozofia mnie nie szokuje - nasłuchałem się już od tzw. chuliganów bredni w stylu “Legia to my” - co najwyżej pusty śmiech wywołuje jej fundamentalna wewnętrzna sprzeczność. Oto ludzie gardzący zawodnikami fetują ich gole, a potem dopingują ich tak zaciekle, że zdobywają nagrody Orange Ekstraklasy za najlepsze kibicowanie. I sławią, np. niszcząc Starówkę, mistrzostwo Polski, które zostało wywalczone nie na trybunach, lecz na boisku.

Dla mnie ten wywiad nie pozostawia żadnych wątpliwości, że problem z kibicami nie sprowadza się do wyeliminowania chuligańskich bohaterów z Wilna. Za bandyckim ekstremum kryje się fałszywe rozumienie rzeczy przez przeciętnego fana, który, poddany indoktrynacji, może pewnego dnia przeistoczyć się - może wręcz przypadkiem - w stadionowego bandytę. Wiemy przecież, jak działa tłum. I jak trudno nie ulec mu zwłaszcza nastolatkowi. Dlatego zepchnąć na margines trzeba również promotorów kibolskiej wizji, którzy nie nawołują - przynajmniej otwarcie - do bijatyk, ale piłki nożnej nie lubią i nie rozumieją, także jeśli odbierają nagrody od ligowego sponsora i zyskują status autorytetów.

Choć “Naszej Legii” nie da się zamknąć, to akurat właściciel warszawskiego klubu - medialny potentat - ma wszystko, by z nią skutecznie walczyć. Jeśli TVN ściga się z TVP i Polsatem, to mała gazetka nie jest żadnym przeciwnikiem. ITI może zainwestować w konkurencyjne, efektownie wydane pismo, niechby nawet na początku rozdawane - lub sprzedawane za półdarmo - razem z biletami, i na jego łamach wychowywać. (Proponuję tytuł: “Legia to my”.) Może zabronić piłkarzom, trenerom i w ogóle wszystkim pracownikom klubu udzielania wywiadów “Naszej Legii”, w której króluje duch na wpół kryminalny, najlepiej wyczuwalny w kuriozalnej rubryce “Skazani na Legię”.

Czas ucieka, a niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości klub czeka kolejna wojna. Na nowym stadionie “Żyleta”, czyli trybuna najzagorzalszych - jak się sami reklamują - kibiców, musi zostać przeniesiona za bramkę, a na miejscach z najlepszą widocznością muszą usiąść ludzie skłonni zapłacić więcej. Tacy, którym - znów wracając do cytowanego wywiadu - obecność policji nie przeszkadza w żadnych okolicznościach, a sama policja nie widzi powodu, by ich szczególnie wnikliwie - jak to określa “Staruch” - inwigilować. Nielubiane przez bandytów wzorce angielskie musimy wprowadzać błyskawicznie, by nie skończyć jak Włosi, gdzie w burdach giną ludzie. By nie zobaczyć wkrótce powtórki z Wilna, bo kibolstwo rywalizuje ze sobą, więc ktoś może zapragnąć dorównać bohaterom z Litwy. Do myślenia powinna dać nam srogość kary UEFA (na dwa sezony wyrzuciła Legię w pucharów), przecież nie tak dawno na meczu Wisła Kraków - Arka Gdynia kibole wbiegli na boisko i pobili piłkarzy, ale PZPN nie zamknął nawet obiektu.

Dlatego warto się wręcz zastanowić, czy zakaz stadionowy nakładać wyłącznie na delikwentów przyłapanych na występkach. Jeśli knajpy selekcjonują gości, to dlaczego na stadion wpuszczać tych, którzy jeszcze mają czystą kartotekę, ale negatywnie wpływają na innych? Np. udzielając skandalicznych wywiadów?

Za kibolską mentalnością kryje się wciąż powtarzany frazes, jakoby futbol bez kibiców tracił sens. Tymczasem jest wręcz odwrotnie. Ludzie najpierw zaczęli uprawiać sport, a dopiero potem inni zaczęli się im przyglądać. Bo piłkę można kopać bez widzów, ale nie sposób kibicować bez piłkarzy. Jaki sens miałyby hasła “Legia to my” i “Chcemy sławić Legię”, gdyby nie zawodnicy? Fani nie wiadomo czego zbieraliby się raz w tygodniu wokół pustego zielonego prostokąta, by sławić nie wiadomo co?

Szkoda, że kibole są aż tak beznadziejnie głupi. W przeciwnym razie być może wreszcie by pojęli, że jeśli nie potrzebują piłkarzy, to nie potrzebują także stadionu. Legię mogą sławić gdziekolwiek, choćby w lesie. Policja by się nie wtrącała, no i nie musieliby patrzeć na tych żałosnych “grajków”.

sport.pl

Polska - Belgia (17.11.2007) …

Po “Euro” euforii z dziennikarskiego obowiązku wspominamy o sobotnim meczu na Stadionie Śląskim. Trybuny, jak to zwykle bywa przy dobrej grze kadry, to głównie niekumane towarzystwo. Oczywiście, z każdej ekipy pojawiły się mniejsze lub większe delegacje (niektórzy z flagami), jednak tak nieliczna grupa nie jest w stanie pozytywnie ogarnąć atmosfery na meczach w Chorzowie. Pozostaje nadzieja, że ostatni mecz naszych orłów w Belgradzie, obejrzy w zdecydowanej większości rozsądna publika, a nie zakładowe wycieczki.

chuligani.com

Ofensywa bandytyzmu?

2006-01-25

Polscy chuligani chcą być mistrzami świata

„Nie mamy szans na tytuł mistrzów świata, to chociaż będziemy mistrzami w robieniu rozrób” – twierdzą polscy chuligani na stronach internetowych poświęconych kibicom. Taka szczerość dziwi jednak mało kogo, bo chuligaństwo na polskich stadionach kwitnie już od lat, a efektem tego jest m.in. malejąca frekwencja na stadionach ekstraklasy, oczywiście w obawie o zdrowie.
Niestety w przeciwieństwie do innych krajów Europy, gdzie problem ten w pewnym okresie zdominował futbol, w Polsce w tym kierunku nie robi się prawie nic. PZPN przymyka oczy, udając, że problemu nie ma, policja swoją rolę w zażegnywaniu niebezpieczeństw ogranicza do minimum, nie reagując nawet na sygnały o tak zwanych „ustawkach”. Czyli umawianych na telefon lub przez internet bijatykach chuliganów, dobrze zresztą znanych wszystkim, bo reklamowanych w specjalnych pismach dla chuliganów, w których podaje się nawet liczbę ofiar! Jedną z najsłynniejszych i najbardziej krwawych „ustawek” była bitwa (z użyciem noży, tasaków innych niebezpiecznych przedmiotów) bandytów Arki Gdynia i Śląska Wrocław.

Niebezpieczna prasa

Jednym z bardziej znanych pism, o których mowa, jest „Magazyn Polskich Kibiców. To my Kibice!”, gdzie znajduje się głównie zbiór zadym, jakie bandyci poszczególnych klubów urządzali sobie w minionym miesiącu. Autorzy piszący tam swoje wypociny nazywają je fotoreportażami, choć zdają w nim relacje jedynie z chuligańskich wybryków pseudokibiców i oczywiście z tych meczów, gdzie coś w ich mniemaniu się działo, czyli lano po pysku. Wszystko zaś dla uwiarygodnienia opatrzone jest zdjęciami oraz ostatecznym wynikiem „tłuczki”. Poza tym jest tam kącik wydarzeń z Europy, oczywiście tylko z tych meczów, gdzie się lano. Są też listy do redakcji, wiadomo w jakiej tonacji, a także teksty zachęcające do tworzenia wojowniczych grup, często ukrywających się pod nazwą ULTRAS. Cóż, bez względu na cel wydawania takich pisemek, szkodliwości społecznej i wpływie na młodych ludzi – nikt nawet nie zastanawia się, jak się ich pozbyć. W tej sytuacji nie jest zaskoczeniem, że to właśnie polskich kibiców organizatorzy mistrzostw świata obawiają się najbardziej, a o tym, że powody obaw są uzasadnione, świadczy walka, jaką już przed losowaniem grup finałowych mundialu stoczyli polscy i niemieccy kibice.

Pierwsza potyczka

Uczestniczyło w niej około 100 chuliganów, a rozegrała się w lesie po niemieckiej stronie granicy, konkretnie w Briesen, 60 km na wschód od Berlina. Ostatecznie zatrzymano 45 Niemców i 53 Polaków. Jeśli chodzi o Niemców, byli to stadionowi chuligani oraz bramkarze z klubów nocnych, pochodzący głównie ze wschodnich landów, a efekt tej „zadymy” to wielu rannych po obu stronach. Jednak obywateli polskich tylko wylegitymowano i zwolniono, licząc, że zajmie się nimi polski wymiar sprawiedliwości. Ten jednak potraktował sprawę marginalnie, przedstawiciel Krajowego Urzędu Kryminalnego uznał doniesienia mediów za spekulacje i dodał, że tłem bójki była rywalizacja o wpływy przed czerwcowymi MŚ – jakby był to marginalny powód bijatyki. Niemcy natomiast rozpoczęli postępowanie wyjaśniające, uczestnicy zajścia odpowiedzą za napaść i zakłócanie porządku. Bitwa pod Briesen wywołała alarm w mediach. Dziennikarze gazety „Bild” pytają wprost, czy jest to przedsmak tego, co wydarzy się podczas MŚ? Inne media przy tej okazji przypominają bandycki napad na niemieckiego skoczka Svena Hannavalda w Zakopanem, którego sprawcami byli piłkarscy chuligani znad Wisły. Zresztą po tym, co zrobili, byli dumni z siebie, o czym świadczyły komentarze na stronach internetowych, które brzmiały podobnie do tego: „Dobrze, że dokopaliśmy Szwabowi, niech nie myślą, że są tacy super, szkoda tylko, że Małysz przegrał”.

Niemieckie obawy

Jak na razie PZPN w celu zapobieżenia rosnącej fali przemocy i nienawiści do wszystkich, kto ośmieli się stanąć polskiemu zespołowi na drodze, robi zbyt mało. Co gorsza, polskie zespoły klubowe, jak i reprezentacja nie należą do potęg, częściej przegrywają, niż wygrywają, prawie nic nie osiągają na arenach międzynarodowych i stąd agresja bandytów jeszcze rośnie. Mało tego, teraz polscy szalikowcy przez internet umawiają się z bandytami z innych krajów, by w Niemczech urządzać krwawe walki na ulicach miast, a przy tym siać chaos, zniszczenie i strach, o czym napisało m.in. „Życie Warszawy”. Jak na razie zdecydowanie reagują tylko Niemcy, których zdaniem zagrożenie agresją ze strony brutalnych chuliganów z Polski jest olbrzymie. Profesor Gunter Pilz, socjolog sportu z uniwersytetu w Hanowerze, apeluje o bliższą współpracę z PZPN, by przechwycić najgroźniejszych bandytów. Na apel zareagował rzecznik polskiej policji Zbigniew Matwiej, monitorujący środowisko chuliganów i współpracujący ze stroną niemiecką, który powiedział: – Na zadymiarzy PZPN nakłada surowe kary, wraz z zakazem wstępu na mecze ligi polskiej.
Czy takie zapewnienia mogą powstrzymać bandytów, którzy wiedzą, że wszelkie zakazy i prawa u bram polskich stadionów są bardzo trudne do wyegzekwowania? Bo liczy się każda dusza, każdy sprzedany bilet – przecież polskie kluby ledwo zipią i mało kogo obchodzi, czy na obiekt wchodzi sympatyk futbolu czy zwykły kryminalista.

Cóż, Niemcy zapewne obronią się przed polskimi chuliganami, ale jeśli uczynią to zdecydowanie, do czego mogą zostać zmuszeni, to zapewne nad Wisłą – jak zwykle w takich okolicznościach – rozlegną się głosy, że to efekt prowokowania spokojnych turystów z Polski oraz że Niemcy przekroczyli dopuszczalne granice obrony itp.
Krzysztof Świerc

wochenblatt.pl

Polscy kibole wywołali zadymy w Belgradzie

Jak dowiedział się Sport.pl kilkusetosobowa grupa polskich kibiców biła się z policją i serbskimi fanami w Belgradzie. Informację tę potwierdziło nam dwóch serbskich dziennikarzy oraz prezes PZPN Michał Listkiewicz.

Od prezesa PZPN Michała Listkiewicza usłyszeliśmy, że kilkuset polskich kiboli pobiło się w środę z Serbami.

- Widziałem zadymy - mówi Sport.pl Predrag Paunović, dziennikarz “Kurira”. - Do pierwszych problemów doszło już na przedmieściach Belgradu ok. godz. 14 w środę. Część polskich fanów była agresywna. Doszło do starć z policją i serbskimi kibicami. Chuligani przyjechali czterema autobusami, było ich ok. 200. Według moich informacji nie ma rannych. Wśród flag jakie mieli fani dostrzegłem m.in. nazistowskie symbole.

Według jego relacji do zajść doszło potem także na głównej ulicy Belgradu.

- Teraz jest już spokojnie, ale policja zdecydowała, że nie wpuści wszystkich autokarów z Polakami do miasta. Cześć z nich czeka teraz 20 km od Belgradu. Dopiero na pół godziny przed meczem wjadą do centrum i udadzą się na stadion - mówi serbski dziennikarz.

Kilka autokarów prewencyjnie zatrzymano na granicy z Węgrami. Według prezesa PZPN Michała Listkiewicza autobusy dostały już pozwolenie na wjazd do Serbii i zmierzają do Belgradu. Relacje napływające za pośrednictwem alertu24 potwierdzają informacje o zatrzymywaniu autokarów z polskimi kibicami na rogatkach Belgradu.

- Zdaję sobie sprawę, że ci, którzy wywołali awantury z policją to nikły procent wszystkich polskich kibiców, którzy przyjechali do Belgradu. Widać, że oni nie mają żadnego związku z kibicami. Nie zauważyłem u nich waszych barw narodowych - dodaje dziennikarz “Blicka”, który nie chce ujawniać nazwiska.

Według jego relacji rozrabiała ok. 200-osobowa grupa.

- Według serbskich działaczy, awanturowało się kilkudziesięciu Polaków. Ponieważ nie mieli oni biletów na mecz, można się domyślać, że wcześniej w internecie umówili się na bijatykę z kibicami z Serbii. Wszystko jest już opanowane, a po naszej interwencji wpuszczono do Serbii polskie autokary - powiedział Listkiewicz.

Nie udało nam się potwierdzić z jakich miast byli kibole, którzy wszczęli zamieszki. Prezes Listkiewicz w rozmowie ze Sport.pl nazwał ich “grupą wileńską Legii”.

Mecz w Belgradzie miało oglądać z trybun ok. 2 tys. kibiców z Polski. Prezes Listkiewicz poinformował, że z powodu kłopotów z dojazdem będzie ich znacznie mniej.

sport.pl

W połowie grudnia pierwszy proces w sprawie korupcji w piłce

Pierwszy proces ws. korupcji w piłce nożnej dotyczący Arki Gdynia rozpocznie się 14 grudnia we wrocławskim sądzie. Na ławie oskarżonych zasiądą 34 osoby, w tym Ryszard F. ps. “Fryzjer”. W czwartek wrocławski sąd przedłużył areszt “Fryzjerowi” obawiając się, że mógłby mataczyć i chcieć wpływać na wyjaśnienia oskarżonych, bądź zeznania świadków

W czwartek rzecznik prasowy Sądu Okręgowego we Wrocławiu sędzia Bogusław Tocicki poinformował, iż sędzia przedłużający areszt nie zdecydował się wypuścić Ryszarda F. na wolność z obawy, że mężczyzna mógłby mataczyć jeszcze przed rozpoczęciem procesu. Sędzia przypomniał, że F. już raz został przyłapany w areszcie na próbie przesłania na wolność grypsu, czyli zaszyfrowanej wiadomości.

- Dlatego też rozprawy zostały tak wyznaczone, aby jeszcze w grudniu przesłuchać wszystkich oskarżonych i ważniejszych świadków - mówił Tocicki. Dodał, że jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem i rozprawy odbędą się: 14, 18 i 19 grudnia - to można się spodziewać, że Ryszard F. zostanie zwolniony z aresztu w połowie stycznia.

W połowie września Prokuratura Apelacyjna we Wrocławiu, wciąż prowadząca śledztwo w sprawie korupcji w piłce nożnej informowała, że pierwszy akt oskarżenia skierowany do sądu dotyczy działaczy sportowych, 17 sędziów, piłkarzy i 19 obserwatorów Polskiego Związku Piłki Nożnej (PZPN), którym grożą kary do 5 lat więzienia. Akt oskarżenia obejmuje 270 stron.

Wszyscy są oskarżeni o przyjmowanie, dawanie lub pośredniczenie we wręczaniu łapówek oraz udział w zorganizowanej grupie przestępczej. 22 z nich przyznało się do zarzucanych czynów i złożyło wnioski o dobrowolne poddanie się karze. Prokuratura postawiła jednak warunek zwrotu bezprawnie przyjętych pieniędzy. Wielu oskarżonych z tego aktu, jest także podejrzanych w innych toczących się jeszcze śledztwach.

Kluczową osobą w tym procesie będzie Ryszard F. ps. Fryzjer, który pozostaje również oskarżonym w innych śledztwach. F. jest oskarżony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz o wręczanie korzyści majątkowych. Grozi mu, podobnie jak pozostałym oskarżonym, do 5 lat więzienia. W innych śledztwach Fryzjer podejrzany jest o znacznie poważniejsze przestępstwa, jak kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, za co grozi do 10 lat więzienia. W sumie Ryszardowi F. postawiono ponad 50 zarzutów, w akcie oskarżenia natomiast jest oskarżony o 33 przestępstwa.

We wrześniu podczas konferencji prasowej prokuratorzy apelacyjni mówili, że grupa była nie tylko bardzo dobrze zorganizowana, hermetyczna, w której każdy znał swoje miejsce i wiedział co należy do jego zadań, ale przede wszystkim trudno było się z niej wyrwać.

Jak ręka rękę myła

- Jeśli młody sędzia nie chciał uczestniczyć w przestępczym procederze, to był źle oceniany przez obserwatora PZPN i to mogło oznaczać, że z I-ligowego stanie się wkrótce III-ligowym i jest po karierze - mówił wtedy rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu Krzysztof Schwarz.

Dodał, że reguły były jasne i znane członkom grupy, którzy często rozumieli się bez słów. - Nieprzestrzeganie reguł oznaczało śmierć zawodową - mówił prokurator. Obiecana łapówka musiała być wypłacona, zaś pieniądze trzeba było oddać nawet, gdy mecz nie zakończył się oczekiwanym wynikiem.

Rzecznik mówił, że schemat przestępstwa był dość prosty i za każdym razem podobny, choć zdarzały się skomplikowane sytuacje. Schwartz opowiadał, że PZPN wyznaczał na mecz sędziego i obserwatora PZPN. Prokuratura nie wie jeszcze, jak informacje te wyciekały z PZPN i docierały przez pośrednika do działaczy klubu sportowego. Ci ustalali, czy wręczają łapówkę, czy nie. Łapówkę wręczał pośrednik. - Sędzia, choć nie miał pewności, to domyślał się, że obserwator też jest skorumpowany i będzie krył jego postępowanie w trakcie meczu piłkarskiego, czyli, że wystawi mu dobre noty - opowiadał Schwartz.

W sumie jednorazowo łapówki wynosiły od kilku do nawet kilkuset tys. zł, choć ten akt oskarżenia nie objął osób, które przyjęły tak wysoką łapówkę. - Wysokość łapówki zależała od rangi meczu oraz sędziego i tego jaką miał markę w środowisku - mówił rzecznik.

Schwartz tłumaczył, że prokuratorom prowadzącym śledztwo udało się wyjaśnić skąd pochodziły pieniądze przeznaczane na łapówki. - To były pieniądze klubowe, które pochodziły albo z zawyżonej sprzedaży biletów, albo z premii dla sportowców. Płacili swoisty haracz na rzecz klubu - mówił Schwartz.

300 telefonów “Fryzjera”

Do sądu jako pierwszy trafił akt oskarżenia dotyczący korupcji w Arce Gdynia, bowiem - jak tłumaczyli prokuratorzy - zdołali w pierwszej kolejności przeanalizować wszystkie 41 spotkań piłkarskich jakie rozegrał ten klub oraz przesłuchać wszystkich podejrzanych w tej sprawie i przeanalizować zgromadzony materiał.

Ważne i istotne dla śledztwa okazało się przeanalizowanie billingów telefonicznych. Przykładowo Ryszarda F. tylko w ciągu jednego roku wykorzystał 300 kart telefonicznych bezabonamentowych sądząc, że w ten sposób proceder będzie nie do wykrycia. Ponadto w śledztwie istotne były wyjaśniania wielu podejrzanych, którzy nie tylko przyznawali się do winy, ale też objaśniali kulisy przestępczego procederu.

Śledztwo toczy się od maja 2005 i początkowo prowadziła je Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu. Rok później, w czerwcu 2006 r. nastąpił znaczący przełom w śledztwie, gdy zatrzymano Ryszarda F. ps. Fryzjer.

Do tej pory prokuratura postawiła prawie 649 zarzutów 98 osobom: działaczom sportowym, sędziom, obserwatorom PZPN, w tym Witowi Ż, członkowi zarządu PZPN.

sport.pl